Jestem gwiazdą kina niemego Interview



Tutaj nikogo nie interesuje, co ja robię w Ameryce i kim dzisiaj naprawdę jestem

Elżbieta Czyżewska, lat 65, Baran, legendarna gwiazda polskiego filmu lat 60., niezapomniana bohaterka takich filmów, jak: „Gdzie jest generał”, „Żona dla Australijczyka”, „Giuseppe w Warszawie”, „Niekochana”, „Małżeństwo z rozsądku”, „Wszystko na sprzedaż”. Uwielbiana przez publiczność, nagradzana w plebiscytach popularności (Złote i Srebrne Maski). W filmie, jak pisała krytyka: „zespalała poetyckość i seks”. Od 1967 roku mieszka w Nowym Jorku. Zagrała tam w 4 filmach i z powodzeniem występuje na amerykańskich scenach (nagrodzona przez nowojorską prasę za rolę w „Łagodnej”). W czasie wizyt w Polsce zagrała w kilku filmach („Debiutantka”, „Kocham kino”, „Szczur”), w teatrze telewizji („Po upadku” Arthura Millera - tej roli gratulował jej sam autor, były mąż Marilyn Monroe. Na tegorocznym Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach została wyróżniona odciskiem dłoni na Promenadzie Gwiazd i znów była w centrum zainteresowania publiczności, która o niej nie zapomniała. Jedynego, obszernego wywiadu udzieliła „Angorze”.

- Jak zareagowała pani, gdy dowiedziała się, że będzie jedną z 13 osób uhonorowanych w tym roku odciskiem dłoni na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach?

- Mam przewrócone w głowie i myślałam, że jestem jedyną aktorką, która w taki sposób została wyróżniona. Ale bycie w tak doborowym towarzystwie jest znacznie łatwiejsze niż solo.

- Czy wcześniej Polska wyróżniała panią w podobny sposób, przyznając nagrody, wyróżnienia, laury?

- Miałam nagrody za popularność, a nie za kunszt aktorski. Złotą Maskę dostałam w dniu, w którym wyszłam za mąż i miałam z mężem wyjechać do Ameryki. Do dzisiaj nie jestem pewna, czy przyniosła mi ona szczęście, czy raczej nieszczęście.

- Żadnych nagród aktorskich dla pani nie było?

- Była, za rolę Soni w „Płatonowie”, innych nie bardzo pamiętam. Za to pochwalę się prestiżową nagrodą teatralną „Albee” w Ameryce.

- Lata 60. były dla pani pasmem sukcesów. W 1963 roku zagrała pani aż w 4 filmach, a rok później w 4 kolejnych, co zdarza się bardzo rzadko. Czy pani w tamtym czasie czuła się gwiazdą?

- W tamtych czasach czucie się gwiazdą było błędem ideologicznym. Raczej byliśmy ekwiwalentem tego, czym jest gwiazdorstwo, bo nie wypadało przyznawać się do przenoszenia na polski grunt amerykańskiego sposobu myślenia i zachowania.

- Krzysztof Demidowicz napisał o pani w magazynie „Film”, w obszernym szkicu, że „Czyżewska nie zawsze umiała sprostać niebezpieczeństwom wynikającym z szalonej popularności”. Co miał na myśli?

- Sama jestem ciekawa.

- I uzupełnił: „Czyżewska pojawiała się w marnych filmach, w rolach poniżej swojej godności. Publiczność wybaczała jej błędne decyzje i potknięcia”...

- Grałam wszystko, bo kochałam swój zawód i chciałam w nim funkcjonować. Nie było wtedy systemu, który teraz pojawił się w Polsce, że aktor ma agenta, który wybiera dla niego role. Wychodzę z założenia, że jeżeli coś robi się dobrze w zawodzie, to nie ma większego znaczenia - co. Potknięcia? A kto ich nie miał?

- Może dlatego została pani ulubienicą masowej widowni. W czym przejawiała się pani ogromna popularność?

- Po filmie „Mąż swojej żony”, w którym debiutowałam, nie mogłam się doczekać, kiedy ludzie rozpoznają mnie na ulicy. Dopiero później przekonałam się, jakim ciężarem może być popularność. Tak się dobrze składa, że obecnie nie jestem w Polsce aktorką przez wszystkich rozpoznawaną. Nie gram w popularnym serialu, trochę podupadłam wraz z wiekiem. Mój autograf nie jest towarem chodliwym. Za to mogę spokojnie przejść deptakiem.

- Nazywano panią „pokoleniową idolką, ekranowym uosobieniem potrzeby swobody, niezależności i wewnętrznej uczciwości”. To zobowiązuje, prawda?

- Tak, tym bardziej że w tamtych czasach ludzie się zamykali i był tylko SPATiF, gdzie można się było spotkać we własnym kręgu środowiskowym. Jeżeli chodzi o wewnętrzną uczciwość, to ona jest tylko między mną a Panem Bogiem.

- Przez 7 lat grała pani w polskim filmie bez przerwy! Czy nie żałuje pani decyzji związanej z przerwaniem kariery aktorskiej w Polsce i wyjazdem do Nowego Jorku?

- Szereg osób zadaje mi to pytanie, a ja muszę na nie odpowiadać dosyć brutalnie. Proszę państwa, ja zostałam z Polski wyrzucona przez Urząd Bezpieczeństwa Państwa, czyli byłam zmuszona do wyjazdu ze źle widzianym w Polsce mężem dziennikarzem. Nie chcę rozwijać tego tematu. Muszę zapalić papierosa, bo jestem zdenerwowana. Gdybym wtedy nie wyjechała, to przyzwoici ludzie nie pracowaliby ze mną w teatrze. Politycznie byłam spalona w Polsce, więc nie opowiadajmy po raz n-ty tej bajeczki, tak długo funkcjonującej na mój temat w Polsce.

- W prasie polskiej czytamy: „W Ameryce Czyżewska musiała walczyć. Czy zwycięsko wyszła z tej walki, wie tylko ona sama i jej najbliżsi. Zasługuje na podziw. Czy ktoś potrafiłby lepiej dźwignąć życiową rolę zdegradowanej świetnej aktorki”?

- Zdegradowanej? W tej chwili mogłabym zagrać absolutnie wszystko. Tylko w Polsce, bez przerwy, muszę grać siebie, a granie samej siebie - i to w wydaniu, w jakim chce mnie widzieć paru krytyków - przestało mnie bawić. Na szczęście czasy się zmieniły i ja mogę tej roli nie przyjąć, tym bardziej gdybym miała być zdegradowaną aktorką.

- Jaką rolę chciałaby pani tutaj zagrać?

- Aktorki w pewnym wieku, która potrafi grać wszystko, każdy rodzaj literatury teatralnej. Jestem osobą w określonym wieku, ale w sile swoich możliwości. Najlepszą rolą, jaką otrzymałam w Polsce, było czytanie książeczki dla dzieci „Przygody Koziołka Matołka”. Jak powiedział dźwiękowiec nagrywający to spotkanie, wypadło wspaniale.

- Krytyk pisze, że nie miała pani szczęścia. Urodziła się pani za wcześnie, splot okoliczności polityczno-historycznych był fatalny, wybór partnera życiowego okazał się niewłaściwy. Jak to przebiegało w Ameryce?

- Moim zdaniem w życiu zawodowym miałam dużo szczęścia, ale w naturze występuje taki balans, że nie można mieć wszystkiego, bo wtedy mogłoby się nam przewrócić w głowie. W Ameryce też tak często bywa.

- Jak przeżyła pani niewłaściwy wybór partnera życiowego w osobie amerykańskiego Żyda Davida Halberstrama, byłego korespondenta prasy amerykańskiej w Warszawie, który w 1967 roku został zmuszony do wyjazdu za rzekomo szkodliwe teksty o Polsce?

- To pytanie jest niegrzeczne. Co to znaczy - nieszczęśliwy wybór partnera? Nie będę tego tematu poruszała. Powiem tylko, że małżeństwem byliśmy przez 11 lat.

- Według amerykańskiego prawa, to były mąż (po rozwodzie) finansuje swoją byłą żonę. Czy są to jedyne pani stałe dochody w Ameryce?

- Nie, bo w Ameryce gram. Teraz, po festiwalu, wyjeżdżam do Ameryki, gdzie otrzymałam rolę w telewizyjnym filmie Sidneya Lumeta. Przed chwilą skończyłam grać w sztuce w objeździe po paru miastach amerykańskich. Zagrałam przyzwoitą rolę, dlatego nie chcę wchodzić w tematy finansowe dotyczące mojej działalności w Stanach Zjednoczonych. Ciekawa jestem, czy zadałby pan takie pytanie polskim aktorom.

- Oczywiście, gdyby mieszkali i pracowali w Ameryce.

- Ja nie odpowiem.

- Domyślam się, że nie pobiera pani emerytury amerykańskiej...

- Jak można zadawać tego rodzaju pytania? W Ameryce nikt mnie o to nie pyta.

- Na szczęście w Ameryce nie przestała pani być aktorką. Czy satysfakcjonują panią otrzymywane tam propozycje?

- Jestem tam aktorką pracującą. Może dlatego gram tak długo, że zawsze byłam aktorką charakterystyczną. Gram w niekomercyjnych przedstawieniach w Nowym Jorku i jestem jedną z wielkich gwiazd gatunku zwanego off-Broadway. W tym teatrze trzeba coś umieć, żeby koledzy przyznali tak prestiżową nagrodę.

- A co z pracą w filmie amerykańskim?

- Zagrałam kilka ról, ale życie filmowe w Ameryce skupione jest w Los Angeles, gdzie funkcjonuje jakże inny od nowojorskiego świat.

- Czy mimo wszystko nie myśli pani o powrocie do Polski?

- Jest takie powiedzenie, że skoro raz zdecydowało się wyjechać z domu, to się do niego nie wraca. Ja wracałam i zagrałam tu kilka ról. W Polsce ciągle funkcjonuje całe to picerstwo, że ja jestem byłą wielką gwiazdą filmu niemego. A tymczasem, to nie ma nic wspólnego z wykonywaniem przeze mnie zawodu aktorki. Należy pogodzić się z tym, że ja jestem teraz zupełnie inną osobą i trzeba do mojego przypadku zupełnie inaczej podchodzić. Lepiej być bogatym i zdrowym niż biednym i chorym. Mądrość życiowa polega m.in. na tym, że należy pogodzić się z rzeczywistością, która wcale nie jest taka tragiczna, jak się w Polsce wydaje, ale też i nie taka wspaniała, jak ja bym tego sobie życzyła.

- U szczytu popularności przestała pani być Elżbietą Czyżewską. Kim jest teraz?

- Ciągle mam prawo do tego nazwiska. Teraz przyjechałam do Polski na festiwal gwiazd, aby zagrać na nim rolę gwiazdy filmu niemego. Tutaj nikogo nie interesuje, co ja robię w Ameryce i kim tak naprawdę dzisiaj jestem.

- W życiu miała pani więcej satysfakcji i radości czy upokorzenia?

- Mam nadzieję jeszcze trochę pożyć, więc swój bilans jakoś na wszystkie dane mi lata rozłożę. Na razie widzę, że jest w tym jakiś rozsądek wszechświata, który każdej ludzkiej mrówce daje po równo.

- Jak będzie pani wspominała tegoroczny pobyt w Polsce, nad Bałtykiem?

- Festiwal jest przyjemnością, ale i odrobiną pracy. Jesteśmy częścią pewnej organizacji i pewnego zdarzenia, które jest związane z moim zawodem. Jestem szalenie zadowolona z pobytu nad Bałtykiem. No i spotkanie z panem i ta rozmowa też dały mi wiele do myślenia. Wynika z moich wypowiedzi, że jestem bardziej pogodzona ze swoim życiem na drugiej półkuli, aniżeli jest to tutaj postrzegane.

- W środowisku aktorskim i dziennikarskim mówi się, że Czyżewska jest podłamana, zgorzkniała, że topi frustracje w alkoholu, a tymczasem prawda jest zupełnie inna...

- Kto tak mówi? No, może jestem roztargniona, bo zapomniałam pewnej spódniczki i wysokich bucików. Teraz mam dylemat, jak ubrać się na galę festiwalową: czy w suknię czarną z niewyprasowanego płótna, czy może w perłową w stylu żarcik z off-Broadwayu.

- Co będzie pani robiła po powrocie do Nowego Jorku?

- Będę grała w filmie telewizyjnym „Zbrodnie myśli”, zagram profesora sztuki na Akademii Sztuk Pięknych w Nowym Jorku, która daje bohaterowi filmu złą radę i wywołuje przez to poważny kłopot.

- Czy w Nowym Jorku nadal mieszka pani w starej kamienicy bez windy?

- Teraz mieszkam w starej, ale antycznej kamienicy z windą, w samym środku miasta, obok dwóch teatrów. Udało mi się nie zamieszkać w nowym budynku z windą, w którym żyłabym pod kryptonimem 11N, a pode mną i nade mną byłoby 11 podobnych bliźniaczo mieszkań.

- Czy jest ktoś przy pani boku?

- Szereg osób, nie mogę opędzić się od adoratorów. Ha, ha, ha...

- Wśród nich ciągle ten młody amerykański aktor?

- Nikt ze mną nie mieszka.