Ale może reżyser o artystycznych ambicjach powinien dostrzegać krzywdę i cierpienie, a operator - pokazywać brzydotę?



Nowy Dziennik 21 Maj, 2005

...aha, to jest New York POLISH Film Festival! To zmienia postać rzeczy... [felieton Janka]

JAK W POLSKIM FILMIE

Festiwal filmowy w Nowym Jorku... ciekawe, jakie nasuwa to skojarzenia u mieszkańca innego kraju, dajmy na to Polski? Albo Austrii? Pewnie wyobraża sobie sznur czarnych limuzyn pod jakimś niebotycznym wieżowcem, Toma Cruise'a i Angelinę Jolie rozsyłających gawiedzi czarujące uśmiechy... aha, to jest New York POLISH Film Festival! To zmienia postać rzeczy. Polak w Polsce czy, powiedzmy, Austrii, wyobrazi sobie wiszące w kinowej szatni ciupagi. Albo też pomyśli, że to ci "szczuropolacy" - śmiesznie ubrane, niedomyte chłopki, które ronią łzy oglądając powtórkę jakiegoś peerelowskiego filmidła.

Oni wszyscy są w błędzie. Ten festiwal był, po prostu, strasznie miłym, klubowym, na poły młodzieżowym, przedsięwzięciem. Przypominał niegdysiejsze czasy klubów studenckich i zaniedbanych salek studyjnych, gdzie fanatycy oglądali jeden po drugim filmy portugalskie, koreańskie; cokolwiek się dało. W Polsce, w dawnych klubach i kinach studyjnych, ustawiono teraz nowoczesne ekspresy do kawy, a krzesła zmieniono na plastikowe. Ale w tej byle jakiej, ale bardzo artystycznej, części Manhattanu, Lower East Side, te klimaty zachowały się. Co wieczór przychodziła więc grupka polskich fanatyków kina, przychodzili też Amerykanie - nadspodziewanie dobrze zorientowani w naszej kinematografii. Była tu też co wieczór Elżbieta Czyżewska, jakby zagubiona wobec tej nagłej adoracji jej osoby. Wręczono jej przecież polski order, urządzono pokaz jej filmów, i ciągnęły się za nią najprawdziwsze groupies.

Najpierw było jednak uroczyste otwarcie festiwalu: pod odpowiednim adresem, koło Carnegie Hall, z osobistościami polonijnymi mocno powycieranymi od nieustannego ocierania się o siebie na podobnych imprezach. Były przemówienia, losowanie nagród, kanapki, był darmowy alkohol - i nie pasujący do nastroju tej imprezy towarzyskiej wstrząsający dokument Hanny Polak o bezdomnych dzieciach mieszkających na moskiewskim dworcu.

Ale potem, jak powiedzieliśmy, festiwal przeniósł się do salki na dole miasta. Wolontariuszki, czasem nawet zaganiając do pracy własne dzieci, sprzedawały bilety i plakaty, oraz rozlewały dobre piwo Harnaś.

Festiwalem w festiwalu były filmy z Elżbietą Czyżewską. Pokazano m.in., będący już obrazem kultowym, o ileż bardziej poetycki, i o ileż bardziej erotyczny niż dzisiejsze filmy, "Rękopis znaleziony w Saragossie" Wojciecha Hasa. Festiwal zakończył zaś - na poły improwizowany, na poły mistrzowsko przemyślany, film o kręceniu filmu z/o Zbyszku Cybulskim, czyli "Wszystko na sprzedaż" Andrzeja Wajdy. Oglądaliśmy gwiazdy tych czasów - obok Czyżewskiej, Beatę Tyszkiewicz i Andrzeja Łapickego - pięknych, elitarnych, wywyższonych, zarazem jednak - zanurzonych w strasznej, a na pewno przaśnej, rzeczywistości roku 1968.

Nadspodziewanie dobrze broniły się, mimo swojej naiwności, komedie z lat 60.: "Giuseppe w Warszawie" i "Gdzie jest generał".

Ale śmiechu i pogody było poza tym na ekranie niewiele. Bo współczesne kino polskie jest dramatyczne, poważne, uwrażliwione na krzywdy społeczne i cierpienia egzystencjalne. Jest to zatem kino dołujące.

Jest paradoksem, że powstałe na przełomie lat 50. i 60., a więc w czasach mroźnego komunizmu, etiudki z udziałem Czyżewskiej odznaczają się lekkością, humorem i smakowitym poczuciem absurdu. W pokazanych na festiwalu etiudach obecnych studentów łódzkiej filmówki płynie natomiast krew, ponuro brzęczą miednice i klucze więziennych bram, a drzwi zatrzaskują się niczym wieko trumny. Śmierć czyha, mężczyźni zabijają dzieci i gwałcą niewiasty, a księża tracą wiarę.

My, zaimpregnowani i odmóżdżeni hollywoodzkimi produkcjami filmowymi, siedzieliśmy sobie w salce Anthology Film Archives i toczyliśmy cowieczorne rozmowy z dawno nie widzianym, mądrym i głębokim przyjacielem - polskim kinem artystycznym. Na ekranie widzieliśmy postaci z krwi i kości; widzieliśmy też dużo czułości i ciepła, mimo ponurych tematów tych dzieł. W filmie "Warszawa" Dariusza Gajewskiego prowincjonalni bohaterowie szukają szczęścia w dzisiejszej, okrutnej i dorobkiewiczowskiej, zarazem jakby uśmiechającej się dobrotliwie do przybyszy, stolicy. "Król Ubu" Piotra Szulkina to zaś przypomnienie czasów, w których ten reżyser, a także inni twórcy, czy w filmie czy teatrze, pozwalali sobie na formalne eksperymenty, na czysto konwencjonalne igraszki - chętnie oglądane i akceptowane przez wyrobionych widzów. W "Żurku" Ryszard Brylski pokazywał Polskę biedy, desperacji i beznadziei, porzuconych matek i obyczajowego ostracyzmu. Zarazem też - kraj, gdzie spotyka się ludzi serdecznych i prawych.

Że polskie filmy mogą odejść od schematyzmu, udowodniła "Symetria" Konrada Niewolskiego. Znowu mroczny klimat - tym razem więziennej celi - i dość przewidywalny scenariusz: cierpienia przypadkowego więźnia. Przypomnijmy sobie jednak, jak schematyczny jest jakikolwiek film amerykański dziejący się w więzieniu...

Nie spod sztancy - choć najbliższy amerykańskiej konfekcji telewizyjnej - był też film Agnieszki Holland "Julia Walking Home". Bo i tu momentami dotykaliśmy prawdziwych uczuć, i tu byliśmy gośćmi w tej dziwnej Polsce, gdzie krzyżują się drogi uzdrowicieli i księży, spryciarzy i harcerzy.

Dobrze byłoby co roku oglądać w Nowym Jorku przegląd polskich filmów. Dobrze byłoby, żeby organizatorzy zdobyli fundusze, ulokowali pokazy gdzieś w środku Manhattanu, ściągnęli amerykańskie media, zapewnili sobie recenzje i wypełnili salę na wszystkich seansach. Dla polskiego filmu to byłoby dobrze.

Ale mnie brakować będzie tej salki, wolontariuszek, pogaduszek przed kinem, no i plastikowego kubka z mocnym, ułatwiającym percepcję egzystencjalnych filmów, piwem Harnaś.

Jan Latus