Nie wiedziała, że jest to miejsce czczone przez warszawiaków kwiatami i zapalonymi świeczkami, bo tu stała trumna Kardynała Tysiąclecia…
Zomowcy zwinęli ją natychmiast. Przesiedziała noc na Wilczej, paradoksalnie zaaresztowana przez tych obrońców świętości.
Ostatniego dnia przed wyjazdem do Stanów miała w SPATiF-ie spotkanie z Tadeuszem Konwickim w sprawie głównej roli w jego nowym filmie. Przyszła do klubu trochę wcześniej, usiadła przy naszym stoliku i tak już została. Zbierała zamówienia przed wyjazdem do Ameryki. Każdy chciał, żeby mu coś przywiozła - a to krem odmładzający, a to whisky, Zosia Czerwińska prosiła o starego, ślepego milionera, a Adaś Kreczmar zamówił mały wiatraczek na baterie, aby mógł sobie wietrzyć jamę ustną na kacu.
Tadeusz był wściekły, że musiał siedzieć z nami i czekać, aż Ela skrzętnie zapisze wszystkie życzenia gnębionych przez okrutny reżim artystów.
Wyjechała i już chyba nie przyjechała na ten film Konwickiego.
Natomiast jej wielki come back miał nastąpić w sztuce amerykańskiego autora w Teatrze Dramatycznym. Wszyscy pamiętaliśmy jej kreację przed wyjazdem do Stanów w Millerze. Seksy, inteligentna, z obnażonymi plecami - …to mi utkwiło najbardziej - była fascynującym wcieleniem Marilyn Monroe z bezczelnie autobiograficznej sztuki Millera.
Miała wrócić triumfalnie do tego teatru, wróciła fatalnie. Wiele złożyło się na to powodów. Ona mówi: reżyser. Reżyser mówi: rozhisteryzowana gwiazda, która chciała reżyserować i nie pozwoliła nic skrócić. Dyrekcja teatru z powodu oszczędności, zamiast w hotelu, umieściła ją w jednej z sal Pałacu Kultury, właściwie w bocznej loży teatru, przeznaczonej kiedyś dla Stalina. Oczywiście, gdyby Generalissimus chciał odwiedzić Warszawę i wpaść przy okazji do teatru.
Tam mieszkała podczas tego ostatniego pobytu.
Puste, zimne marmurowe sale, straszące przeszłością. Kandelabry uginające się pod ciężarem błyskających szkiełek i w przerażającej ciszy znerwicowana aktorka paląca papierosa jeden za drugim, sama jak palec… Zjawiają się upiory przeszłości, jacyś koledzy dawno już nieżyjący, drżące w uszach oklaski dawnych sukcesów, romans z amerykańskim dziennikarzem, młodość, uroda, seks.
A teraz mdłe recenzje, awantury z kolegami po spektaklu, obojętność widowni. - No, niech się pokaże, niech nas zaskoczy.
Przypomina mi się anegdota, jak pisarz Stanisław Dygat zadzwonił kiedyś do księgowości Filmu Polskiego i grzecznie przedstawił się przez telefon.
- Mówi Stanisław Dygat…
- No i co z tego, że Dygat? - ucięła z miejsca jakaś urzędniczka.
No i co z tego, że Czyżewska?
Powroty są bolesne.
Inaczej ma się sprawa z Januszem Głowackim, naszym człowiekiem w Nowym Jorku. Jego powroty są krótkie i intensywne, chociaż wydaje się, że częściej wraca… niż wyjeżdża. Telewizja, dowcipny wywiad, posiedzenie w jury jakiegoś konkursu, atak na komunę, podwójna whisky w barze podczas Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach i iluzja, że ciągle jest się młodym i pełnym wigoru.
Profesor Mieczysław Jahoda, który jest mistrzem zgryźliwości, braku taktu i wyczucia konwencji towarzyskiej, kiedy zobaczył Janusza w jak zwykle rozpiętej do pasa koszuli i z obnażoną, słynną wśród pań, klatką piersiową, powiedział, udając troskliwego:
- Janusz, zapnij się, bo w twoim wieku można się bardzo łatwo zaziębić. Głowacki wybrałby raczej zapalenie płuc niż rezygnację z odgrywania macho. Ja też.