Osiecka o Czyżewskiej



I „Kochankowie z Ulicy Kamiennej”, piosenka o chłopcach i dziewczynach, którzy pragną pięknej miłości, ale żyją na takiej Kamiennej, gdzie wszystko jest brudne i złe, stała się rodzajem epitafium dla naszego ruchu. Bo oni pewnego dnia wychodzą na ulicę, wszystko narasta, potężnieje... amor szmaciany płynie i... nagle gaśnie światło i Ela Czyżewska monotonnym głosem śpiewa: „Potem znów cicho, potem znów ciemno, potem wracają znów na Kamienną...”. Myślę, że wiele osób na tej sali miało wrażenie, że to jest o nas i o tym wszystkim, co się działo dookoła. Agnieszka [Osiecka] opowiadała, że każdy człowiek ma prawo do tego, co jest piękne. I do dziś jest to dla mnie piosenka o krzywdzie, jaką można wyrządzić zwykłemu człowiekowi. I o tym, że prawo człowieka jest nieustannie przez ludzi łamane. To był manifest Agnieszki. [Jacek Kuroń]

Wykonująca „Kochanków...” Elżbieta Czyżewska według Agnieszki „raczej mruczała pod nosem, na przemian krzycząc, a wyglądała w szarej chuścinie jak skrzyżowanie małego pieska z Emilią Plater. Kiedy przechodziła od słów ‘amor szmaciany płynie ulicą... potem wracają znów na Kamienną’ – zaczynała jej tak drżeć broda, że wszyscy płakali i dotąd pamiętamy to jak cudowną kreację”.

Agnieszka wspominała: „Kiedy w 1958 roku Ela pojawiła się w STS-ie, wszyscy się w niej zakochaliśmy, bo była zjawiskiem niezwykłym. Duża, pyzata buzia, włosy typu siano, odrobina piegów, uroda raczej proletariacka. Obłędny biust, który doprowadzał chłopców do szaleństwa, arystokratyczne dłonie i szalenie zgrabne nogi. Jej uśmiech – najcudowniejszy, jaki widziałam w życiu. Obłędny, czarujący, pełen radości i inteligencji, a także ironii względem otaczającej rzeczywistości. Imponowało mi to, że Ela zawsze miała pomysł na życie. Trzymałyśmy się razem jak papużki nierozłączki. Lubiłyśmy też wspólnie błaznować ze wszystkiego. Często chodziłyśmy na tańce. Przed wyjściem na parkiet Ela wypracowywała strategię działania: ‘Wybierz sobie, którego chcesz, bo mnie jest wszystko jedno’ – mówiła w garderobie, gdy próbowałyśmy sobie poprawić nasz ubogi poststalinowski makijaż. Kiedyś prowadziłyśmy we dwie ‘ironiczny tryb życia’. Malowałyśmy włosy na niebiesko, rzucałyśmy narzeczonych dla kawału (np. – obie naraz – w sylwestra, na balu w teatrzyku), jeździłyśmy do różnych miast, chowałyśmy się, kupowałyśmy tanie antyki i oddawałyśmy byle komu... Na naszej saskokepskiej kanapie przesiedziałyśmy Bóg wie ile wieczorów, żrąc pierniczki i koniaczek i przewalając się z kąta w kąt w przekonaniu, że jesteśmy najwspanialsze, najśmieszniejsze i najpotworniejsze na świecie, że wszystko nam wolno i w ogóle zrobimy, co będziemy chciały. Kiedy Elka zaczynała rozsznurowywać swoje wysokie trzewiczki, to znaczyło, że zostaje na noc i nie ma na to rady, będziesz się wgniatać w ścianę albo w sprężyny na wspólnym tapczanie. A ona wstanie o siódmej, pojedzie do filmu albo do znajomych, albo zrobi ci śniadanie, albo ktoś do niej przyjdzie, albo wyjedzie do Łodzi – jak będzie chciała”.

„Agnieszki. Pejzaże z Agnieszką Osiecką” – Zofia Turowska, Prószynski i S-ka, Warszawa, 2000