Pomysł na życie




Przegląd Polski 6 maja 2005
Grażyna Drabik

Pomysł na życie
Z Elżbietą Czyżewską rozmawia Grażyna Drabik (dokończenie)


Siedzimy prawie przytulone do Times Square - tam, agresywne nawoływania reklam, orgia neonów, wiadomości pulsujące nieustannym rytmem. Teatry, kina, sklepy, rzeka ludzi przelewająca się Broadwayem. Tu - wyciszenie przytulnego gniazda w dziupli. Z tym, że dziupla ma w sobie coś z garderoby teatralnej pełnej pięknych kostiumów i dziwnych rekwizytów, piramid książek i taśm filmowych. Zza okna dociera do nas pracowite powarkiwanie ogromnych maszyn na placu budowy. Dziupla w brzuchu giganta.

Grażyna Drabik: - Mamy przyjemne zadanie. To nie jest zwykły, roboczy wywiad, tylko wywiad odświętny. A więc powinno być błyskotliwie, ze smakiem prawdy życiowej i z uśmiechem...

Elżbieta Czyżewska: - Przypomniało mi się powiedzenie mojej przyjaciółki Agnieszki Osieckiej, że ona zawsze wie jak, bo potrafiła się poruszać w każdej formie jako poeta, ale nie wie co. Więc się wsłuchuję z przyjemnością w to "jak", ale siedzę przerażona: "co?"

- Proszę bardzo: o filmach, teatrze i o życiu. Rozpoczyna się ciekawa impreza, podwójna w charakterze: przegląd specjalnie dobranych najnowszych filmów polskich oraz retrospektywa Twoich filmów z lat 60. Organizatorzy mają lekką tremę, bo konkurencja o uwagę widza jest w Nowym Jorku zabójcza. Ale jeżeli się uda, istnieje szansa, by festiwal został wpisany na stałe do nowojorskiego kalendarza.

- Ja też mam tremę, zwłaszcza że niektórych z moich filmów dawno nie oglądałam. Zrelaksować się jest mi trudno, kiedy nie mogę poprawić grania ani nic zmienić. Mam mówić o swoich filmach, a wolałabym powiedzieć: patrzcie, jakim fantastycznym aktorem jest Wiesław Gołas! Jestem więc zdenerwowana, ale też ogromnie się cieszę, zwłaszcza że kilka filmów zaistnieje po raz pierwszy z angielskimi napisami.

- "Rysopis", "Pamiętnik znaleziony w Saragossie", "Wszystko na sprzedaż" są częścią historii polskiego filmu. Gołas, a także Zbigniew Cybulski, Edward Dziewoński, Iga Cembrzyńska, Gustaw Holoubek, Franciszek Pieczka, Andrzej Łapicki, Daniel Olbrychski... To się czyta jak aktorskie "Kto jest kto".

- I wszyscy byliśmy przede wszystkim aktorami teatralnymi. W USA jest zupełnie inaczej, i w Polsce to się zmienia, ale dla nas granie w filmie to nie była osobna kariera. Może tylko Zbyszek Cybulski i Beata Tyszkiewicz byli aktorami filmowymi. Dla nas być aktorem znaczyło być aktorem w teatrze.

Przede wszystkim, nie mogłeś zostać aktorem bez ukończenia szkoły teatralnej. Natomiast z tej szkoły nie można było zwalniać się, "bo w filmie gram". Tego nie pamiętamy, ale fason był, że my studiujemy po to, by spalać się na ołtarzu Sztuki. Film zaś był tylko filmem. Dopiero jak człowiek wchodził w życie zawodowe zaczynał pracować gdzie się dało. Ja pracowałam szalenie intensywnie, bo grałam w teatrze, w telewizji i w filmach. To było niewytworne, trzeba było udawać, że film jest nieważny. Bo prawdziwe życie aktora było na scenie.

- Jak trafiłaś do filmu?

- Przypadkiem. Po pierwszym roku studiów byłam na wakacjach na Mazurach z koleżankami ze szkoły teatralnej. W tej samej wiosce Jan Łomnicki kręcił dokument i udało mi się zagrać jakąś dziewczynę, która przechadza się w tle. Tak to jest: poznajemy kogoś i koło się toczy... Stanisław Bareja był asystentem Łomnickiego, po czym jak kręcił Męża swojej żony, dostałam u niego rolę gimnazjalnej panienki, która uwodzi Wiesława Gołasa. I wciągnęło mnie. Zagrałam w trzech filmach Barei, który uważał wtedy, że mogę grać wszystko. Życie spłatało mi figla, że to były trzy filmy matrymonialne: Mąż swojej żony, Żona dla Australijczyka i Małżeństwo z rozsądku, zanim moje własne małżeństwo nie przecięło mi życia zawodowego.

- "Żona dla Australijczyka" jest pokazywana w ramach retrospektywy.

- To komedia muzyczna. Historyjka o Australijczyku, który zakochuje się w solistce z zespołu tańca, jest tylko pretekstem. Prawdziwym bohaterem jest "Mazowsze". W filmie są zabawne dialogi Stanisława Dygata, a Bareja czerpał z amerykańskich filmów w rodzaju tych z Doris Day, co wyraźnie widać. Ponieważ w Polsce tych amerykańskich filmów nie mieliśmy szans oglądać, nasze komedie cieszyły się popularnością.

- Parę filmów z retrospektywy przypomina o Twoim talencie komediowym.

- Tytuł Giuseppe w Warszawie odnosi się do serii przedwojennych filmów Antek w Warszawie. Bohaterem jest Włoch, który zostaje przypadkiem wplątany w sprawy harcerki i jej brata, członków podziemnej organizacji. Giuseppe i Gdzie jest generał? są pierwszymi komediami o wojnie, rodzajem bajeczek odreagowujących dramaty wojenne. Ich humor jest głównie sytuacyjny. W Generale gram Rosjankę Marusię, która kieruje ruchem ciężarówek pod Berlinem i przed poważną bitwą postanawia przypilnować piwnicy z winem, bo jakże - przed walką żołnierze nie powinni pić. Początkowo w tej roli miała być obsadzona rosyjska aktorka, a dla mnie było to o tyle ciekawe zadanie, że próbowałam oddać spojrzenie Polaka na stereotypową komsomołkę.

Z Giuseppe łączy mi się innego rodzaju wspomnienie. Był wieczór, mieliśmy przeglądać świeżo skończone materiały z poprzednich dni. Wszystko przygotowane, a to był akurat dzień, w którym zabito prezydenta Kennedy'ego. To mi się tak strasznie kojarzy: człowiek w budce projekcyjnej wyświetla sceny, które nakręciliśmy dzień wcześniej. Na ekranie nasze twarze. Siedzimy w studiu, Tadeusz Konwicki, który był kierownikiem literackim zespołu, Stanisław Lenartowicz, który to kręcił, ja... Radio podaje wiadomości. Musisz wykonać pracę, bo studio zamówione, bo jutro dalszy ciąg. Po stu latach pytasz mnie o film, a ja pamiętam właśnie tamten moment.

- Następnego dnia byliście pewnie na planie, pracując nad następną śmieszną sceną.

- Powtórzę truizm, pod którym się podpisuję: komedie się gra serio, bo tylko wtedy są śmieszne. W tragedii trzeba mieć poczucie humoru. Zresztą, usprawiedliwienie "O Boże, nie mogę pójść na plan, bo..." nie istnieje.

- Ani w filmie, ani w teatrze. Był tylko jeden wypadek w Nowym Jorku, kiedy teatry zostały zamknięte.

- Tak, 11 września. Tu naprzeciwko, w Henry Miller's Theatre grano wtedy Kabaret, też przedstawienia zawieszono.

- Po dwóch dniach ciemnych scen szłam Czwartą Ulicą do New York Theatre Workshop, na rogach przy krawężnikach czaiły się gromnice, ulica była pusta, przeszywająco brzmiała każda syrena karetki czy straży, bo już było wiadomo, że nie uratują nikogo. Weszłam do teatru, zobaczyłam otwartą kurtynę, dekoracje. Poczułam wdzięczność dla aktorów. Ich obecność na scenie potwierdzała, że życie się dalej toczy. Musimy dalej pleść, choćby z tą ciemną nicią, w tkaninie miasta.

- Po 11 września wydawało się, że najlogiczniej byłoby wynieść się z miasta. A ja wtedy uświadomiłam sobie, że się stąd nie wyniosę. Tu jest mój dom. Z przypadku i z wyboru.

Nieuchronnie na nasze życie amerykańskie nakłada się - przez podwójną sferę językową, przez fakt, że czytamy inne gazety, że odbywamy inne wieczory poetyckie - odmienny wymiar: polski. To komplikuje przynależność do miejsca. Ponadto sam fakt, że jesteś przybyszem, daje ci poczucie pewnej tymczasowości. Jesteś, ale jakby nie na zawsze. Tamten wrzesień paradoksalnie uprzytomnił mi, jak mocny jest mój związek z Nowym Jorkiem, bardziej trwały, niż mi się wydawało.

- Mówisz o języku, a tu mamy drobny przykład nieprzekładalności prostego tytułu: "Rysopis".

- "Identification Marks: None". Nie ma odpowiednika po angielsku w jednym słowie. To jakby zemsta języka polskiego, bo na ogół angielski ma jedno krótkie określenie, na które my musimy używać długich polskich zwrotów. Jerzy Skolimowski zrobił ten film z trzech etiud studenckich. Pisał scenariusz tak, by to, co musiał zrobić do szkoły filmowej, tłumaczyło się jako cały film. Pracował między innymi nad tym, jak zrobić najdłuższe ujęcie przy ograniczonych środkach. Tam jest taka scena: dziewczyna, którą gram - jedna z trzech moich ról w filmie - włóczy się za bohaterem, oboje snują się przez tartak. I to miało być jedno ujęcie, na ile starczy taśmy. Do szyn tartaku dosztukowano szyny ze szkoły filmowej, ale pozostał problem, jak operator ma się przenieść z wózka tartakowego na wózek szkolny bez widocznego cięcia na ekranie. I wtedy ja, aktorka, wpadłam na pomysł, z którego jestem najbardziej dumna z całej pracy nad filmem: gram, że mi coś wpada w oko. On musi mi pomóc. My, a więc i widz, zajmujemy się akcją wyjmowania paprocha z oka. I nikt nie zauważa drgnięcia kamery.

- Jeden z Twoich filmów ma tutaj kultową - jak się dziś mówi - publiczność. Oglądałam "Pamiętnik znaleziony w Saragossie" w eleganckiej sali Walter Reade, pełnej Amerykanów zaśmiewających się, choć pewnie z innych rzeczy niż ja. Jeszcze jedna komedia.

- Odrestaurowana dzięki inwestycji Jerry Garcii, ładnie wydana na DVD, a więc ze swoim własnym życiem. Dostępna jak książka, po którą można sięgnąć ręką. Dla człowieka, który lubi filmy, nowa technologia cyfrowa jest tak ważna jak wynalazek druku.

W tych "opowiadaniach madryckich" są cudowne dekoracje i kostiumy Skarżyńskich, prawdziwy Madryt został wybudowany w plenerze pod Wrocławiem. Przepadam za postacią Donny Frasquetty Salero, choć zjawia się ona dopiero na końcu. W Pamiętniku znalezionym w Saragossie gra nieprawdopodobnie dużo wyśmienitych aktorów, film jest długi i zawsze przy pokazach bałam się, że ludzie wyjdą, zanim ona się pokaże na ekranie.

Są reżyserzy, którzy walczą, denerwują się, czy wyjdzie, czy nie. Wojciech Has był tym cudownym reżyserem, który siedzi na planie i jeżeli mu się podoba, co robisz, masz pełną swobodę. Z nim możesz zatańczyć nieprawdopodobne tango. Jeżeli jest z ciebie zadowolony, masz wolność pójścia w kierunku, w którym wydaje ci się, że on chciałby, żebyś szła.

Patrz, używam czasu teraźniejszego. Wojtek umarł tak niedawno. Saragossa łączy się z moim ostatnim wspomnieniem o nim, czyli jego obecnością w Nowym Jorku. Niedługo przed śmiercią miał przegląd filmów w Lincoln Center. Już nie bardzo lubił chodzić. Przesiadywał w hotelu przy Central Park West. Przychodziłam do niego, siedział w fotelu i tak go zapamiętałam: w hotelowym pokoju, przy oknie z widokiem na Central Park.

- Mam skrót oceny pracy aktorskiej: dobrzy aktorzy, których jest sporo. Bardzo dobrzy, czyliniewielka elita ze świetnym warsztatem i charyzmą. I szczęściarze, to znaczy dobrzy aktorzy, którym od czasu do czasu zdarzy się zagrać w nadzwyczajnej sztuce czy filmie, gdzie wyczuwa się specjalną chemię. Wtedy widz ma szansę cieszyć się podwójnie - ich zawodowym kunsztem i ich radością. Czy praca przy tym filmie sprawiała Ci radość?

- Szaloną. Czyż może być coś przyjemniejszego niż granie zdradliwej żony, kiedy tego nie trzeba trzymać w sekrecie?

Film jest naprawdę wyjątkowy przez sposób pracy Hasa i przez szczególny humor. Wiem, że był jednym z ulubionych filmów Buñuela, w ogóle Hiszpanom podobało się, że ktoś obcy pokazał ich tak malowniczo.

- Dobrze, że jest okazja, by przypomnieć te filmy. Ciekawe, jak je ludzie dzisiaj zobaczą. Skąd się wziął pomysł retrospektywy?

- Pomysł krążył już od dłuższego czasu. Pojawiał się w różnych formach, choćby w niezobowiązującej uwadze Hasa, który przy okazji swojego przeglądu powiedział, że dobrze by było przygotować podobny przegląd aktorski Elżbiety. Był rzucany jak piłeczka, podbudowywał mnie, ale i zaskakiwał, bo dopiero dzięki niemu uświadomiłam sobie, że zagrałam w tak wielu filmach. Nie było jednak ani odpowiedniego forum, ani możliwości na realizację.

Teraz nadarzyła się okazja - NYPFF jest głównym wydarzeniem, a mój przegląd imprezą towarzyszącą. O tę możliwość zaś zadbała Monika Markowicz, prawdziwy mecenas mojej retrospektywy. A ja się cieszę, że uznano mnie za "jednoosobową orkiestrę kameralną" wartą wysłuchania.

Ciągle musimy siebie tłumaczyć na angielski, coś wyjaśniać i opowiadać Amerykanom, między którymi żyjemy. Dzięki retrospektywie mogę po prostu powiedzieć: popatrzcie, jak gram przewrotną Hiszpankę albo rosyjskiego żołnierza...

Dokończenie za tydzień

Z Elżbietą Czyżewską rozmawiała Grażyna Drabik